Obserwatorzy

czwartek, 10 maja 2012

Jed-no-kon-no

Od najmłodszych lat umiem nadać sygnał SOS. Nie wiem skąd, pewnie nauczył mnie tego mój starszy brat, który również zna go nie wiadomo skąd. Wiedza ta była szalenie przydatna, gdyż już w wieku wczesnoszkolnym wykorzystywaliśmy ów tajemniczy kod do wielowymiarowego porozumiewania się ze sobą: wracam ze szkoły i wystukuję SOS domofonem – znaczy – zejdź szybko na dół, bo mam kłopoty; SOS stukane w ścianę między naszymi pokojami – uwaga, Mama do ciebie idzie, chowaj komiksy, wyciągaj książkę do biologii :D Nigdy nie wpadliśmy na to, żeby nauczyć się całego alfabetu Morse’a. Wprawdzie coś na kształt chęci pojawiło się około roku 1990, kiedy wpadła mi w ręce książka harcerska naszego kolegi, w której rozpisane były poszczególne znaki i odpowiadające im słowa oraz wyjaśniona zasada, według której jeśli w sylabie danego słowa występuje „O”, wówczas mamy sygnał długi, jeśli „O” brak – sygnał krótki, jednak ulotniła się równie szybko, jak zaświtała, bo kolega książkę zabrał, ksero wtedy nie było, a ja sobie nic nie zdążyłam przepisać. Jedyne, co zapamiętałam to tytułowe jednokonno, z czego wnioskuję, że litera J to ._ _ _ :D

Jednak chęć nadawania zaszyfrowanych wiadomości, które będzie mógł odczytać jedynie ścisły krąg wtajemniczonych nie umarła we mnie tak szybko. Porozumiewałyśmy się więc z koleżankami językiem Kalego – „Kaco kamy kabękadziekamy karokabić kadzikasiaj?” dziwiąc się, że pół szkoły potrafi nas zrozumieć, przesyłałyśmy na lekcjach zaszyfrowane wiadomości, do odczytania których wystarczyła książka do polskiego, a na własne potrzeby ułożyłam kod obrazkowy, żeby w pamiętniku zaszyfrować imię mojej ówczesnej sympatii. O dziwo mój brat, któremu pozwalałam czasem mój pamiętnik poczytać, od razu rozszyfrował ukryte imię. Pewnie doskonale wiedział o kogo chodzi, bo jak tu nie wiedzieć, skoro moje sekretne, gorące, młodzieńcze uczucie było tajemnicą Poliszynela. Pomimo więc zamiłowania do szyfrów kryptograf ze mnie żaden.

Co do koni zaś to owszem, lubię. Zawsze lubiłam. Kiedyś mieliśmy rodzinny plan, opracowany podczas Świąt Wielkanocnych gdzieś pod koniec lat 80, że na ziemi należącej do naszego dalekiego kuzyna wybudujemy stadninę. I niechybnie zostaniemy kowbojami :D Potem jednak dorośli się otrząsnęli z mrzonek, sprowadzili na ziemię bujające w obłokach dzieci i nic z tego nie wyszło, ale wspominamy te plany do dziś. Sama posunęłam się o krok dalej i wśród rozlicznych rzeczy, których w swoim dotychczasowym życiu spróbowałam, znalazła się i jazda konna. Mój pierwszy raz był niewart funta kłaków, bo zrobiłam dwa okrążenia na lonży stępem, uprzejma właścicielka stadniny zainkasowała swoją dolę i to by było na tyle. Postanowiłam jednak zapisać się na kurs jazdy konnej. Padło na szkółkę prowadzoną przez współczesnych ułanów. Na pierwszych zajęciach okazałam się przednim widowiskiem, bo trzęsło mną na końskim grzbiecie niczym workiem kartofli, jednak z czasem nabrałam nieco umiejętności i siły, żeby lepiej trzymać się w siodle i nie mieć zanadto poobijanego zadka. Nigdy się jednak nie poczułam na tyle pewnie, żeby puścić się w szalony galop, widać od puszczania się to ja nie jestem.

Konna kolekcja dotarła do mnie z USA wraz z lalkami. Jej poprzednią właścicielką była osoba mniej więcej w moim wieku, niestety już nieżyjąca. Była miłośniczką koni i lalek, i miała ich mnóstwo. Ja kupiłam tylko część jej zbioru. I tak oto przedstawiam Blinking Beauty z 1987 roku wraz z dosiadającą go Western Fun Barbie z 1989 roku. I choć Barbie Western Fun miała w zamierzeniu Mattela innego konika, widać, że z Blinking Beauty też się świetnie dogadują.















środa, 18 kwietnia 2012

Zapuściłam się – to zdrowo ;)

Nigdy nie byłam miłośniczką wymiatania kurzu spod szaf, ani latania na mopie, toteż powyższy fragment piosenki, ba! cała piosenka „Przewróciło się” mógłby zostać moim manifestem kwietniowym, jako że taki miesiąc nam miłościwie panuje. Ale ja nie o tym chciałam, bo tak naprawdę autor ma na myśli to, że długo już nic nie pisał na swoim blogu. Tak długo, że aż mu wstyd. Na domiar złego miał czas tylko na pobieżne przejrzenie notek u swoich podglądanych blogopisarzy, a na zostawienie komentarza już nie. Niniejszym autor bije się w piersi, oddaje pokłony i szacun i solennie obiecuje poprawę, ale może od przyszłego miesiąca, bo w tym czeka go jeszcze niezły maraton w pracy. To on jest główną przyczyną blogowego niebytu. I oczywiście przesilenie wiosenne, bo przecież na to wszystko można zwalić. Na pewno nie bez znaczenia jest też fakt, że w 1986r. w Czarnobylu, a to od naszej wschodniej granicy, gdzie leży moje miasto całkiem niedaleko, wybuchł reaktor jądrowy w bloku energetycznym nr 4.  Skutki odczułam właśnie teraz, bo z promieniowaniem nigdy nic nie wiadomo i coś może się ujawnić dopiero po latach, w naszym przypadku po 28. Nawet pomimo wypicia w tym sławetnym 1986r. płynu Lugola, oj, jaki był ohydny. Nawet garść cukierków nie pomogła na zneutralizowanie tego smaku.

Poza tym wróciłam na chwilę, dłuższą jak się okazało, do mojego innego hobby, czyli czytania książek, które jak wiadomo, rozwija wyobraźnię, poszerza horyzonty, wzbogaca słownictwo, czyli przynosi same korzyści. No, może poza psuciem wzroku, bo czytać najbardziej lubię w łóżku, a tam oświetlenie słabe.

Cóż ja tam jeszcze porabiałam? Ach, postanowiłam zbudować domek dla lalek. Oczywiście nie sama, ponieważ domek ma wykonać ze sklejki mój osobisty mąż. Ja jednak mam się zając jego projektem oraz wystrojem wnętrza. Długo się zastanawiałam, co w tym domku ma być i ogólny zarys w mojej głowie już siedzi. Problem jest w tym, żeby przelać to na papier i rozrysować poszczególne poziomy i piony tak, żeby mój Bob Budowniczy wiedział o co mi chodzi. Na dodatek Pan Konstruktor zażyczył sobie rysunku w skali, buhahaha! więc wyzwanie mnie czeka nie lada. No i jeszcze ambitnie założyłam, że większość mebli wykonam własnoręcznie w oparciu o pomysły z My Froggy Stuff, której kreatywność uwielbiam, w związku z czym maniakalnie kompletuję pudełka, nakrętki od butelek i buteleczek, rolki po papierze toaletowym (nigdy dotąd nie sądziłam, że mogą się do czegokolwiek przydać, może poza rozpałką do ogniska), zamawiam koraliki, okleiny i inne drobiazgi. Na razie efektem moich starań jest fragment wyposażenia kuchni, czyli zestaw szafek ze zlewem, kuchenką i piekarnikiem. W kolejnym rzucie ma powstać lodówka. Pudełko odpowiedniej wielkości już znalazłam, styropian też, teraz potrzebuję tylko kilku wolnych wieczorów. Z tym niestety będzie najtrudniej…

A teraz ktoś w ogóle niezwiązany z tematem. Z dzieciństwa jej nie pamiętam, z niczym mi się nie kojarzy i chyba jej nawet nie lubię. Ciekawe, czy znajdą się jacyś jej fani… Oto ona, Sweet Roses P.J. 1983. Inne P.J. są sexy, modne, zadziorne, a tu taka delikatna, ciepła kluseczka o twarzy przypominającej porcelanową lalę. Zupełnie bez charakteru. Przywodzi mi raczej na myśl miłosierną Samarytankę, którą porusza los bezdomnego kotka, rozmarzoną romantyczkę, fankę Barbary Cartland, wiecznie bujającą w obłokach. Moim zdaniem wyjątkowo ją skrzywdzili, pakując do pudełka z tak nietrafionej fryzurze. Taką samą nosiła Paula, moja koleżanka z dzieciństwa, aż do momentu pójścia na studia kompletnie nieprzystosowana do ówczesnych realiów. Aż do matury nosiła włosy do pasa, zawsze związane, najczęściej w długi, gdyby warkocz i spięte na karku w kok a’la babcia Gienia. Potem nastąpił zwrot o 180 stopni, Paula ścięła włosy, wyjechała do Stolicy, zaczęła palić faje, jeździć za granicę, modnie się ubierać, barć udział w sesjach modowych, orientować się w muzyce i sztuce. Może więc i dla P.J. jest jakaś nadzieja…



Czy zmiana stroju coś dała?







Przed SPA

Oryginalna w pudełku, skradziona z ebaya

wtorek, 13 marca 2012

Dzień kobiet, dzień mężczyzn

Dzień kobiet, dzień kobiet,
niech każdy się dowie,
że dzisiaj święto dziewczyyyyneeek,
Uśmiechy są dla nich,
zabawa i taniec,
piosenka z radia popłyyyynieeee J


Zaraz, zaraz, zdaje się, że dzień kobiet był jakiś tydzień temu, chyba znowu mi się czasoprzestrzeń zakrzywiła i czas mi gdzieś uciekł. Nieważne, któż bowiem zabroni mi dziś pisać o tym święcie? :P

Skoczną, wesołą pioseneczką świętowaliśmy drzewiej dzień kobiet w przedszkolu. Oczywiście dziewczynki nic nie dostawały, bo kobietami to one dopiero miały zostać po przepoczwarzeniu, gdy z pąka zamienią się w kwiat, jak mówią słowa kolejnej piosenki. Za to dla mam, pań przedszkolanek i pań kucharek był wdzięczny występ dzieci o krzywych nóżkach oraz okazjonalny goździk. Rajstopy, towar deficytowy rozkupiły zakłady pracy, więc w przedszkolu już ich paniom nie rozdawano.

Zarówno ja, jak i większość moich znajomych płci tzw. pięknej z ochotą świętuje dzień kobiet. Nie wyprawiamy oczywiście z tej okazji imprez na 100 osób w modnym lokalu, ale jakieś spotkanie w babskim gronie przy kawie (jakiej kawie? Przeca kawy nie pijam, ale przy winie wstyd pisać, zaraz meliniarstwem zapachnie, choć ciśnie się na usta, że przy świecach i przy koniaku, bo to z kolejnej piosenki, a ja dziś wyjątkowo rozśpiewana :D), kwiatki od naszych mężczyzn, czy inne drobiazgi (koleżanka na przykład dostała miły drobiazg: nowe szpilki, nie do włosów, tylko buty, do tego wystrzałową bluzkę i spódnicę, ciekawe jakie drobiazgi dostaje z lepszych okazji ;)) są wielce pożądane i mile widziane. Nie dajemy sobie wmówić, że to święto komunistyczne, że jak te niegdysiejsze zwiędłe wiechcie, rajty pod pachi i zniknięte parówki to symbol naszego zniewolenia. Że od tego tylko krok do 3xK (Kueche, Kirche, Kinder). Dla nas dzień kobiet jest okazją do przypomnienia sobie, że kobiecość można celebrować co dzień, przez całe życie. Że fajnie jest być babeczką i mimo, że mężczyźnie w życiu jest generalnie łatwiej, to i tak byśmy się nie zamieniły. Bo możemy bezkarnie całować się na przywitanie (a facetom to jednak nie wypada, wystarczy spojrzeć na fotę Breżniewa i Honeckera), płakać ze wzruszenia i ze śmiechu, bo mamy więcej rodzajów ciuchów, bo możemy się malować, chodzić na szpilkach, miewać chandry i zwalać winę na PMS. I możemy nosić nasze dzieci w brzuchu, co mimo niewygód i porannych mdłości jest przeżyciem niezapomnianym.

A mężczyźni? No cóż… Kiedy Lamia Reno w Seksmisji odnalazła w Azylu Zasłużonej Starości najstarszą starowinkę – Julię Novack i zapytała ją, do czego służyli mężczyźni, dowiedziała się, że przydawali się do pracy. I że byli na porządku dziennym, no i nocnym. I że byli potrzebni do rozrywki. I przede wszystkim, że nie warto być kobietą, kiedy nie ma mężczyzn.

A skoro przywołana została najstarsza starowinka, to oto moja Super Teen Skipper z 1979 roku, dzierżąca palmę „najstarszeństwa” w moim małym zbiorku (do czasu, bo kiedy znów zakwitną białe bzy, zostanie zdetronizowana, ha!). Przypłynęła do mnie z obciętymi włosami, uciętymi paluszkami stopy, a z jej oryginalnego ubranka zostały tylko szorty. Umyłam więc bidulę, uczesałam i ubrałam, a do tego zapewniłam towarzystwo. Chyba jej u mnie dobrze, bo wygląda na zadowoloną.

Przed SPA (z uroczą fryzurą pt. piorun pierdyknął w szczypiorek)




Po SPA







wtorek, 28 lutego 2012

Tylko rock!

Ostatnio doszłam do wniosku, że jestem dinozaurem. Kompletnie nie wiem, co jest teraz na muzycznym, mainstreamowym topie. Nie śledzę poczynań długonogich wokalistek i wyczesanych wokalistów, nie wiem, kto wydał jaką płytę i króluje obecnie w dyskotekach.  Kiedy zdarzyło mi się ostatnio zawędrować z moimi tanecznymi znajomymi do klubu, bawiłam się dobrze do czasu, kiedy dj przestał puszczać stare hiciory, czyli jakieś pół godzinki. A to się wyszalałam!

Cóż jednak poradzić na to, że ja jestem umysł ścisły. I jak inżynierowi Mamoniowi, mnie się podobają melodie, które już raz słyszałam. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę. ;)

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy w MTV, jedynym dostępnym kanale muzycznym w naszej TV kablowej, królował rock i grunge. Większość moich znajomych słuchała ostrzejszego grania, wymienialiśmy się kasetami Guns and Roses, Metalliki, później Nirvany, Faith No More, Pearl Jam. Królowały koszulki z trupią czachą, ale bez żadnych różowych akcentów, kraciaste koszule, wytarte jeansy i glany. Ulubioną koszulką była ta z U2, a cały pokój oblepiały plakaty mojego ukochanego zespołu. Nawet na potańcówki chodziło się do klubu, gdzie grali rocka (zapewniam, da się do tego tańczyć). Ciekawe, co tam się teraz dzieje…

Potem nadeszły czasy Vivy, wtedy też przestałam oglądać telewizję muzyczną. To był już całkiem inny świat, w którym nie umiałam się odnaleźć. Nie dla mnie dance i techno, nie kumam kocich ruchów hip-hopowców, ani ich tekstów. Zresztą za szybko śpiewają, mają kiepską dykcję, a ja, jako przygłucha staruszka mam najwyraźniej problemy ze słyszeniem :D Nie rozumiem wrzawy wokół półnagich wokalistek, które chyba mają głównie wyglądać, a śpiewać to już niekoniecznie. Nawet, jeśli dysponują warunkami wokalnymi, to i tak uwagę przykuwa zazwyczaj ich skąpy stój i wyrazisty makijaż. Do tego mniejszy lub większy skandal i bach! Płyta sprzedaje się w milionach egzemplarzy.

Wczoraj chciałam potańczyć z córką w ramach wieczornych zajęć rodzinnych. A że znudziło mi się „Kółko graniaste” i „Stary niedźwiedź mocno śpi”, postanowiłam włączyć tv muzyczną. Skakałam po kanałach, skakałam, teraz mam ich 10 zamiast 1, ale nie znalazłam nic godnego uwagi. Albo jakieś audycje o sławnych ludziach, ich domach, ogrodach, dzieciach, psach, garażach, śmietnikach i trawnikach, albo o zupełnie nieznanych, ale mających parcie na szkło, albo umca-umca, gołe tyłki, łańcuchy i złote zęby. To dziękuję, postoję, wolę już Irenę Santor. Włączyłam więc płytę Pozytywne Wibracje i miałyśmy ubaw na całego. No, nie jest to muza rockowa, ale w miarę upływu lat horyzonty muzyczne się poszerzyły i jestem bardziej otwarta na ciekawe brzmienia. Teraz jednak też nie ciągnie mnie w kierunku disco-popowej sieczki. Nie i już i apage! :D Z nowych to ja owszem, bardzo chętnie Kings Of Leon, Coma, Brodka, Coldplay i inne w ten deseń. Czyli jednak dinozaur całą gębą!

Pozostając w klimacie muzycznym przedstawiam Barbie and the Rockers Real Dancing Action 1986 oraz Dee Dee z pierwszej edycji.

Przed SPA



Po SPA, Baśce obcięłam nieco włosy, teraz przypomina mi trochę Debbie Harry, a Dee Dee zrobiłam afro zamiast kilku dredów, które miała wcześniej.


Czadu laski!






 

środa, 22 lutego 2012

Zeszyt do matematyki

Marzenia dziewczynek są tak proste do spełnienia. Cóż bowiem łatwiejszego niż kupno kucyka, najlepiej z całą stajnią, bo na balkonie go przecież trzymać nie wolno, a w mieszkaniu nie byłoby zbyt higienicznie? Albo czyż nie zabierze tylko sekundki machnięcie czarodziejską różdżką i uczynienie z dziewczynki najprawdziwszej księżniczki, a z lokalu w bloku z wielkiej płyty, mieszczącego się na czwartym piętrze, przy czym windy brak, najprawdziwszego pałacu z tysiącem komnat i służbą? Chrzestna matka Kopciuszka nie dość, że wyczarowała przecież suknię, karetę, stangreta, to i jeszcze księcia za męża, a razem z nim pół królestwa i rękę królewny. A nie, to nie ta bajka.

Kiedy byłam małą dziewczynką, oprócz standardowych marzeń o pieskach, kotkach, kucykach i księżniczkach miałam marzenia dużo bardziej prozaiczne. A to chciałam mieć nowy piórnik, najlepiej taki dwustronny, albo na zamek, z całym wyposażeniem. A to własne pianino, żebym nie musiała latać do szkoły i ćwiczyć. A to kolorowe gumki do włosów, czterokolorowy długopis, albo gumowane jeansy. Albo całą paczkę Donaldów, tylko dla mnie.

Rodzicom ciężko jest przejść obojętnie obok wzdychającej niedużej córeczki, w związku z czym część moich pragnień miała szansę się spełnić. Miałam więc i dwustronny piórnik, i pachnące gumki do wycierania, i całą masę frotek do włosów we wszystkich kolorach tęczy. Niewątpliwie w spełnieniu tych dziecięcych pragnień pomagały wakacyjne wyjazdy do demoludów. Już za naszą południową granicą, w ówczesnej Czechosłowacji świat rysował się o wiele piękniej, a trawa była bardziej zielona. Węgry zaś były oszałamiająco egzotyczne, a sklepy ABC wydawały się rajem dla bogaczy. W takim to sklepie, któregoś lata zobaczyłam zeszyt z Barbie na okładce. To była zupełna nowość, nigdy, przenigdy czegoś  takiego nie widziałam. Dotychczas zdjęcia Barbie oglądało się tylko na odwrocie pudełek albo w katalogach. A tu proszę, zeszyt w kratkę. Dla dziecka w wieku szkolnym jest to przedmiot codziennego użytku. Kiedy Mama zauważyła mój opad szczęki i cielęcy zachwyt w oczach, w lot pojęła, że dzieli ją tylko jeden, mały, zupełnie nieistotny szczegół od zostania najfajniejszą mamą na świecie – te kilka forintów i sklepowa kasa. Dla nas obu pokusa była zbyt silna, by jej się oprzeć.

Już w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego zostałam najpopularniejszą dziewczynką w naszym roczniku. Obejrzeć mój zeszyt przychodziły koleżanki z równoległych klas, kilkakrotnie w ciągu dnia. Fakt, ten zeszyt można było oglądać w nieskończoność, bo jak mogły się znudzić cztery strony formatu a5, a na każdej kilka zdjęć naszego blondwłosego przedmiotu pożądania. Kiedy więc te 16 marnych kartek zostało zapisanych równymi rządkami cyferek, nastąpiły wszystkie etapy żałoby, od początkowej złości, smutku, bólu, aż po końcową akceptację. A potem przełożyłam kartki ze zwykłego zeszytu do tych pięknych, kolorowych okładek. Operację tę powtórzyłam potem kilkakrotnie, dopóki papier pod zszywkami się nie przedarł, dzięki czemu mogłam cieszyć oczy Baśkowymi zdjęciami przynajmniej do końca pierwszego półrocza.

Najbardziej fascynującą płowowłosą pięknością z okładki była dla mnie Dream Glow Barbie. Ta lalka w sukni świecącej w ciemnościach była moim marzeniem przez długi czas, oczywiście nieosiągalnym wówczas. Jakież więc było moje szczęście, kiedy wypatrzyłam ją na niemieckim e-bayu wraz z kilkoma innymi w zestawie. Oto i ona, a w związku z tym, że jest prawdziwą damą, pozuje między innymi w towarzystwie króla J







środa, 15 lutego 2012

Whitney

Nigdy nie byłam jej zagorzałą fanką, ale jej śmierć mnie w jakiś sposób dotknęła. Whitney Houston, bo o niej mowa, była gwiazdą, prawdziwą divą, do której daleko Lady Zgadze, Rihannie czy innej Beyonce. Miała ogromy talent, rzesze wielbicieli na całym świecie i jako pierwsza z czarnoskórych wokalistek pojawiała się regularnie w MTV, torując tym samym drogę licznym następczyniom.
W czasach, kiedy nie mieliśmy MTV, a teledyski można było oglądać tylko w „Jarmarku”, „Wzrockowej Liście Przebojów”, czy ewentualnie w „Koncercie życzeń”, gdzie zamawiało się dedykację dziadkom z okazji złotych godów, hity Whitney były jak powiew świeżości w dusznym pomieszczeniu. Pamiętam, jak teledysk do „I wanna dance with somebody” za każdym razem, kiedy go emitowano, powodował drobną sprzeczkę pomiędzy mną a moją Mamą. Otóż Mama, jako starsza i doświadczona oraz obeznana w temacie osoba twierdziła, że piękne, długie, karbowane włosy Whitney to treska, ja zaś uparcie mówiłam, że absolutnie nie. Przecież peruki i treski są tak ohydne, że od razu rzucają się w oczy, a tu włosy jak żywe, powiewają, skaczą i tańczą razem z artystką. Po latach, kiedy przypadkiem trafiłam na ten klip, zmuszona byłam przyznać Mamie rację, będąc przy tym szczerze zdziwioną, jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć.
Pamiętam, jakim hitem był film „Bodyguard” i jak wielką wrzawę wywołał z uwagi na to, że para głównych bohaterów byłą odmiennego koloru skóry. Podobno część scen wycięto z obawy przed reakcją konserwatywnego amerykańskiego społeczeństwa. „I will always love you”, piosenka promująca i film, i ścieżkę dźwiękową, była jedną z moich ulubionych w latach 90, puszczaną kilkakrotnie na każdej dyskotece szkolnej. Już przy jej pierwszych taktach serce potrafiło przyspieszać, bo a nuż poprosi mnie do tańca ten fantastyczny chłopak z VIII b?
Po długotrwałej przerwie, kiedy bez reszty oddałam się grunge’owemu brzmieniu, Whitney powróciła do mnie gdzieś w końcówce lat 90. Byłam wtedy na studiach, a za pieniądze uciułane ze stypendium jeździłam z koleżankami na wakacje za granicę. Odkryłam wtedy bary karaoke, gdzie był ogromny wybór piosenek Whitney, a wśród nich „Greatest love of all”. Nie wiem dlaczego dopiero wtedy zwróciłam na nią uwagę, ale zachwyciła mnie zarówno melodia, jak i tekst. Stała się hymnem, dającym siłę w trudnych chwilach, nie pozwalającym się poddać mimo przeciwności losu. Nigdy nie odważyłam się zaśpiewać jej publicznie, w żadnym  barze kakaoke, niezależnie od tego, że znam ją na pamięć i za każdym razem, kiedy ją słyszę, wyję na cały regulator razem z artystką. Bo Whitney nie powinno się śpiewać, jeśli nie ma się ku temu warunków głosowych J
Smuci mnie to, jak się ułożyło jej życie. Smuci mnie ta kolejna, bezsensowna śmierć niezwykle utalentowanej osoby. Smuci mnie, że odchodzą wielkie gwiazdy lat 80 i 90 i w zasadzie została już tylko Madonna.
Śpji spokojnie, Whitney.
Lalkową bohaterką dzisiejszego wpisu zostaje Style Magic Whitney z 1988 roku. Nie mam jej oryginalnego ubranka, pozuje więc w sukni Oscara de la Renty.
Przed SPA


Po SPA





piątek, 10 lutego 2012

Są!


Przypłynęły, po 8 tygodniach czekania. To mój prezent na urodziny, które były w grudniu :) Ależ się cieszę, zupełnie jak małe dziecko. Taka skrzynia pełna skarbów to jest coś :D
Teraz SPA, identyfikacja ostatnich tajemniczych (chyba będzie ciężko), a potem będę się chwalić.